wtorek, 22 sierpnia 2017

I Pierwsza podróż

Delilah spojrzała wzrokiem pełnym nadziei w stronę swojej matki, która sprawiała wrażenie najszczęśliwszej osoby na tym zagmatwanym świecie. Wyjazd córki do szkoły z internatem pozwalał jej na zgłębianie niedawno odkrytych pasji, czyli między innymi pisaniu artykułów poradnikowych do rzetelnego pisma ,,Czarownica’’. Widziała w sobie zbawicielkę. Było tyle czarodziejskich kobiet, które męczyły się w długoletnich, pozbawionych namiętności małżeństwach. Często z własnej winy, bo nie miały w sobie tego czegoś, czego z pewnością nie brakowało Beatrice Black. Jej teksty pozwalały im zgłębić tajniki najlepszej szkoły uwodzenia, kuszenia i oczarowywania. Autorka wyjątkowej rubryki ,,Między nami czarownicami’’ cieszyła się niemałą sławą wśród żeńskiej części magicznej społeczności. Nawet teraz, odprowadzając swoją córkę na dworzec Kings Cross, nie mogła odpędzić się od gapiów i czarownic, które bez słowa podchodziły do niej i przytulały.

Jedenastoletnia posiadaczka szarych oczu odchrząknęła, chcąc wybudzić matkę z rozmyślań i tym samym zwrócić na siebie uwagę.

- Mamo – zaczęła niepewnie, instynktownie zaciskając ręce na rączce swojej walizki – a może by tak zrezygnować? Mamy jeszcze szansę! Pociąg odjeżdża za pół godziny, a wydaje mi się, że Durmstrang będzie lepszy od Hogwartu.

Beatrice nie mogła tego słuchać. Już od momentu, w którym Delilah dostała list informujący o tym, że została przyjęta do jej dawnej szkoły, dziewczynka męczyła ją prośbami o wysłanie jej gdzieś indziej.

Kobieta przewróciła oczami, wzdychając ciężko.

- Nie wymyślaj już, Di – skarciła ją – Czas spędzony w Hogwarcie, to najpiękniejsze lata mojego życia, i jestem pewna tego, że kończąc szkołę będziesz zalewała się łzami. A Durmstrangiem rządzi stary śmierciożerca, i do tego cholernie tam zimno. Nie mam zamiaru odwiedzać ciebie raz w tygodniu po to, żeby podawać eliksir przeciwko gorączce.

- Płakać będę, ale na pewno ze szczęścia – wtrąciła prawie szeptem dziewczyna.

Pani Black postanowiła zignorować jej bezczelną uwagę. Ubolewała nad tym, że córka była niezwykle bojaźliwa, i wszystko przeżywała aż nadto.

- To mogę chociaż zmienić nazwisko? – Di nie dawała za wygraną.

- Myślisz, że w Durmstrangu byłabyś anonimowa? – matka obdarowała ją wyzywającym spojrzeniem – Blacków zna każdy, a rozwiązłość twojego ojca zaprowadziła go na pewno aż do odległych, afrykańskich plemion. Masajowie nie byli mu obcy, o nie.

Delilah spojrzała wymownie ku górze, aby powstrzymać gromadzące się w oczach łzy. Jej rodzina nie cieszyła się dobrą sławą, a ojciec uznawany był za największego zwyrodnialca, jakiego widział świat. Aktualnie odsiadywał wyrok w Azkabanie, za wierne służenie Temu – Którego – Imienia – Nie – Wolno – Wymawiać.

- Jeśli tylko trafisz do Gryffindoru, z pewnością się tam odnajdziesz! – zapewniła Beatrice, chcąc choć minimalnie wzbudzić w córce odrobinę szczęścia.

- Mhm, będą nosić mnie na rękach, a zwłaszcza Potter. Och, to ty jesteś córką człowieka, który zdradził moich rodziców i to przez niego zginęli? Chodź no tu, niech cię uściskam!

- Ciiii! – matka automatycznie zatknęła jej usta dłonią. Rozejrzała się wokół, upewniając się, czy przypadkiem ktoś nie znajdował się przy nich podejrzanie blisko. Odetchnęła z ulgą, kiedy spostrzegła, że wszyscy zaabsorbowani byli swoimi pociechami.

- Nie waż się nikomu o tym mówić!

- Ale każdy o tym wie!

- Z tego co wiem, mały Potter jest średnio rozgarnięty. Na pewno będziecie w tym samym domu. Nie masz prawa mówić mu o tym, kto jest twoim ojcem. Możliwe, że się zaprzyjaźnicie! W końcu ktoś musi zastąpić stare pokolenie – uśmiechnęła się szeroko.

- Nieźle to sobie wszystko obmyśliłaś – sarknęła dziewczyna, rozglądając się po peronie. Tłum zaczął się powoli zmniejszać, bo nowi i starzy uczniowie Hogwartu zajmowali miejsca w pociągu.

Beatrice wzięła swoją pociechę za rękę i popędziła wraz nią do wejścia wielkiej, parującej maszyny. Nie mogła pozwolić na to, aby córka nie pojechała. Miała tyle planów do zrealizowania, w których dla Delilah nie było miejsca.

*

Państwo White byli bardzo dumni ze swojej najmłodszej córki. Oto stała przed nimi ich największa nadzieja. Oboje byli pewni tego, że jako jedyna z trójki ich latorośli, to właśnie Marion trafi do domu Roweny Ravenclaw, tak jak niegdyś oni. Długo nie mogli pogodzić się z faktem, że Noah, najstarsza córka, została przydzielona do Slytherinu, domu największych zwyrodnialców i śmierciożerców, a syn Makiawel podzielił tragiczny los siostry i stał się częścią – według nich – bandy gryfońskich ameb umysłowych.

Ten rok miał być jednak przełomowym rokiem, w którym jedenastolatka spełni ich największe marzenie. Stanie się Krukonką i będą mogli chwalić się nią na wszystkich, wykwintnych przyjęciach, na które byli zapraszani. W końcu, do trzech razy sztuka.

- Ach, córeczko! – głos Irmy White rozgrzmiał po całym peronie. Kobieta rzuciła się na swoją oniemiałą córkę i sprawiała wrażenie, jakby nigdy nie chciała jej puszczać. Uścisk matki był dla Marion uściskiem iście morderczym i ledwo wydała z siebie głos proszący o natychmiastowe uwolnienie.

Laverne White, ojciec dziewczyny, wyprostował się dumnie i nie mógł powstrzymać zachwytu, kiedy obserwował swoją córkę.

Marion była wysoką jak na swój wiek jedenastolatką. Swoje długie blond włosy związała w warkocz, który przepasany był błękitną wstążeczką. W rękach trzymała sztalugę, a obok jej walizek stała klatka, w której znajdowała się jej trójkolorowa kotka Lola.

- I jak ty się z tym wszystkim zabierzesz, Marion? – martwiła się Irma, ocierając wierzchem dłoni swoje łzy. Dziewczynka westchnęła niezauważalnie. Nie przeżywała swojego wyjazdu tak samo, jak jej rodzice. Ot, to przecież tylko pierwszy rok nauki. Takie było życie. Kolejne wyzwanie, któremu trzeba było sprostać. Jeśli dobrze pójdzie, to może mogłaby się nawet z kimś zaprzyjaźnić, ale tylko wtedy, kiedy nie przekroczy się jej strefy komfortu.

- Krukoni są również bardzo kreatywni – przypomniał Laverne, uśmiechając się od ucha do ucha – a tobie nie można nie przypisać tej cechy, córciu! – klasnął w dłonie.

- Mhm – przyznała niechętnie Marion. Dosyć już miała rozmów o Ravenclawie i wszystkim tym, co z nim związane. Choć bardzo kochała swoich rodziców, nadzieja jaką w niej pokładali była nieco męcząca.

Poza tym ani Noah, ani również Makiawel nie poczuli się do tego, aby wprowadzić młodszą siostrę w ten nowy dla niej świat. Szesnastoletnia Noah, jako prefekt Slytherinu, musiała zapanować nad porządkiem w pociągu, a czternastoletni Makiawel nie mógł odpędzić się od swoich kolegów, którzy już na stracie porwali go do ich wspólnego przedziału. Musiała przyznać w duchu, że nieco ich jej brakowało, ale nie mogła wymagać od nich tego, aby całą uwagę skupiali tylko na niej.

- Chyba już pora – zakomunikowała Irma zachrypniętym tonem. Sięgnęła po klatkę z Lolą, i kierowała się w stronę pociągu. Marion, nie odstępując swojej sztalugi na krok, powędrowała za matką, a Laverne sunął za nimi taszcząc dwie ogromne walizki swojej córki.

- Co ty tam masz, Marion?

Blondynka obróciła się w jego stronę i zmierzyła go spojrzeniem swoich zielonych oczu.

- To cena mojej kreatywności, tato.

*

- Pamiętaj Di, uważaj na Severusa Snape’a. Uprzedzam, że jeśli tylko zorientuje się kim jesteś, to najprawdopodobniej nie będziesz miała lekkiego życia w szkole – Beatrice uśmiechnęła się pocieszająco, co tylko utwierdziło jej córkę w fakcie, że czekają na nią najgorsze lata.

- Jak to fajnie jest być córką ludzi, którzy są przez wszystkich szanowani i lubiani – sarknęła Delilah, spoglądając na swoją matkę spode łba. Odgarnęła swoje kasztanowe włosy do tyłu i westchnęła ciężko.

- Jak zwykle przesadzasz. Nie przepadaliśmy za Snapem dlatego, że był po prostu głupim Ślizgonem, a sama dobrze wiesz, że…

-…Gryfoni i Ślizgoni rywalizują ze sobą od wieków, tak, wiem. Boże, czy ty musisz być taka przerażająco szczera? Zawsze? Normalne matki robią wszystko, żeby pocieszyć swoje zdruzgotane dzieci.

Beatrice przewróciła oczami.

- Jak będzie ci smutno, to zjesz sobie coś słodkiego – wzruszyła ramionami – No, a tymczasem już pora mi ciebie opuścić. Bądź zdrowa, zachowuj się i jakbyś potrzebowała pieniędzy, to pisz – Beatrice posłała jej buziaka, i już chciała wyjść z przedziału córki, kiedy całkiem przypadkiem wpadła na nieco starszą od siebie kobietę o krótkich, blond włosach.

- Przepraszam najmocniej – odezwała się nieznajoma, mierząc Beatrice zatroskanym spojrzeniem – Ta klatka całkowicie przysłoniła mi pole widzenia. Mam nadzieję, że nie stało się pani nic wielkiego?

Pani Black poprawiła szmaragdową marynarkę i odgarnęła swoje blond włosy, które w wyniku wypadku zasłoniły jej oczy.

- Ależ skąd! – odparła beztrosko Beatrice.

- To kotek naszej córeczki. Pierwszy rok w Hogwarcie. Musi mieć swojego przyjaciela przy sobie, bo to na pewno będzie dla niej ciężki czas – stwierdziła blondwłosa kobieta.

- Pani córka również jedzie pierwszy raz? Cóż za przypadek! – gestem wskazała na oniemiałą Delilah, która od dłuższego czasu była zainteresowana dziwnym zderzeniem obu kobiet.

Dziewczyna nieco rozluźniła się, kiedy dostrzegła stojącą za nieznajomą kobietą swoją rówieśniczkę. Na dźwięk słów swojej matki przewróciła instynktownie oczami, a na jej twarzy pojawiły się dwa, czerwone rumieńce.

- Mamo – mruknęła Marion, upominając ją.

- No co? Pani córka na pewno też ma ze sobą jakieś zwierzątko!

I tu był pies pogrzebany. Kwestia zwierzęcia w domu Blacków była dość drażliwym tematem. Choć Delilah od kilku lat pragnęła mieć pieska albo kotka, jej matka kategorycznie tego zabroniła.

- Już jeden pies w moim życiu stanowczo mi wystarczył! – powtarzała Beatrice za każdym razem, kiedy mała Di prosiła ją o kupno czworonożnego przyjaciela.

- Niestety moja córka ma alergię – skłamała Black, na co jej pociecha pokręciła głową z niedowierzaniem. Gdyby była bezczelna, wykrzyczałaby, że to, o czym bredziła matka było nieprawdą.

- Cóż za tragedia! – zmartwiła się pani White -  W takim razie musimy znaleźć tobie inny przedział, Marion.

- Delilah przyjmuje odpowiedni eliksiry, więc nie widzę takiej konieczności – zapewniła pani Black wyciągając rękę w kierunku Marion – Choć skarbie, zajmij miejsce obok mojego dziecka.

Di uniosła swoje brwi ku górze. Jej matka nawet do niej nigdy nie zwracała się w ten sposób. Przez chwilę poczuła, że zazdrość wypełnia ją od czubka głowy, aż po same najmniejsze palce u stóp. Przeszło jej, kiedy dostrzegła, że rówieśniczka, która zajęła miejsce naprzeciwko niej, uśmiechała się lekko.

- Jestem Marion Anthea White – wysunęła pewnie dłoń w stronę swojej nowej znajomej.

Panienka Black wzięła głęboki oddech, zastanawiając się nad tym, jak obejść kwestię przedstawienia swojego nazwiska, jednocześnie nie popełniając żadnej gafy. W końcu zdała sobie sprawę, że prawda i tak prędzej czy później wyszłaby na jaw i postanowiła stawić czoła temu wielkiemu wyzwaniu.

- Delilah Roseanne Black – odparła najodważniej jak tylko potrafiła. Czekała na reakcję Marion, ale ta zamyśliła się przez chwilę i zrobiła wielkie oczy.

- Jesteś córką tego Blacka?

- Tych Blacków jest wielu…

- Tego, który siedzi w Azkabanie.

- Na Merlina… - westchnęła zrezygnowana Delilah, odwracając swoje spojrzenie w stronę okna. Chciała oddać się nostalgicznemu rozmyślaniu na temat tego, jak fajnie byłoby zostać w domu i poczytać jakieś ciekawe książki, kiedy blondynka postanowiła ponownie się odezwać.

- Nie przejmuj się – machnęła lekceważąco ręką Marion – nikomu nie rozgadam, bo nie jestem taka, ale mam nadzieję, że wiesz, że nie będziesz miała lekkiego życia w szkole?

Delilah spojrzała na nią wymownie.

- No co ty nie powiesz – sarknęła – na pewno wszyscy będą nosić mnie na rękach. Zwłaszcza Harry Potter, który dzięki mojemu kochanemu ojcu, nie ma rodziców. Aha, no i moja ciotka również siedzi w Azkabanie, tak żeby od razu była jasność.

- Rodzina zwyrodnialców i śmierciożerców – rozmarzyła się White – moi rodzice pracują tylko w Ministerstwie. Nawet nie wiem w jakich wydziałach, więc nie pytaj.

- Zazdroszczę… - mruknęła Delilah – o ojcu już wiesz, a matka, to aspirująca dziennikarka. Ma na pieńku z Ritą Skeeter.

- Z kim twoja rodzina nie ma na pieńku?

- Z twoją!

- Jeśli rodzice dowiedzą się, kim jest moja nowa koleżanka, to będą mieli ze sobą na pieńku. Uwierz.

- Możemy się rozdzielić, jeśli chcesz, w sumie nic nas jeszcze ze sobą nie łączy – wzruszyła ramionami Di.

- Zwariowałaś? Teraz musimy trzymać się razem.

- Jak myślisz, gdzie trafisz? – Black zmieniła diametralnie temat, próbując zapomnieć o tym, co usłyszała przed chwilą.

- Rodzice myślą, że do Ravenclaw, bo oboje niegdyś do niego należeli. Tak się składa, że mam starsze rodzeństwo, siostrę i brata. Żadne z nich tam nie trafiło, dlatego we mnie nadzieja, ale coś czuję, że wyląduję w Hufflepuffie – oznajmiła prawie szeptem, rozglądając się po przedziale, upewniając się, czy przypadkiem nie zawieruszył się tutaj ktoś niepożądany.

- A myślisz tak bo…?

- Bo jestem nijaka – wzruszyła ramionami.

- Myślisz, że nijakość decyduje o przynależeniu do Hufflepuffu? – zainteresowała się Di – jeśli tak, to możliwe, że trafimy tam razem, tak się składa, że również jestem nijaka.

Marion zrobiła wielkie oczy i uniosła brwi ku górze. Próbowała wyczuć w wypowiedzi nowej koleżanki sarkazm, ale przeanalizowawszy ją kilka razy, żadnego tam nie wyczuła. Nie znała dobrze Delilah, ale musiała przyznać, że była bardzo ładną jedenastolatką. Najlepsze były szare oczy, w których na sto procent zadurzyłby się niejeden chłopak. Nieustannie przegryzała swoje pełne, kształtne usta i skubała długie, kasztanowe włosy. Marion zauważyła pewien tik nerwowy, który polegał na zakładaniu kosmyków za uszy. To mogłoby być przecież normalne, gdyby nie fakt, że dziewczyna robiła to co pięć sekund. Poza tym na zgrabnym, nieco zadartym nosie, rozsypanych było parę piegów, które dodawały jej uroku.

- Moja droga – zaczęła rozbawiona Delilah – wygląd nie decyduje o tym, do jakiego domu zostanę przydzielona.

Marion automatycznie zrobiło się wstyd, ale po chwili zdała sobie sprawę z tego, że Black czytała jej w myślach.

- Ej! Czytasz mi w myślach?!

Di przewróciła oczami.

- No co ty – zaprzeczyła – Ale wpatrujesz się we mnie od pięciu minut, oglądając od góry do dołu. To logiczne, że oceniasz mój wygląd.

- Bo jesteś… e… bardzo ładna.

- Nie wyglądasz na lesbijkę – zauważyła Delilah.

- Bo nie jestem, po prostu potrafię stwierdzić, czy dziewczyna jest ładna, czy nie.

- Ty też jesteś – oznajmiła Black – Masz jasne blond włosy, zielone oczy, śnieżnobiałą cerę. Księżniczka.

- Zaśedmiogórogrodu chyba – skomentowała szorstko White.

- Mama już sama mnie przydzieliła – odparła beztrosko Di – według niej jestem urodzoną Gryfonką. Także coś nas łączy, Marion.


Blondynka przyznała jej rację lekkim skinięciem głowy. W przedziale nowych koleżanek zapanowała cisza. Obie oddały się widokom znajdującym się za oknem pociągu.